Przejdź do głównej treści

Krzysztof Drozdowski

Eutanazja w III Rzeszy. Na śmierć skazano nawet dzieci

Niemcy nie protestowali w przypadku wprowadzania w Niemczech ustaw antyżydowskich, następnie nie protestowali, gdy niemalże w majestacie prawa mordowano ich dzieci, a więc nie było podstaw do tego by uważać, że Niemcy zareagują w inny sposób na mordowanie osób dorosłych, mających problemy psychiczne i według niemieckich lekarzy nie rokujących na poprawę. Ich utrzymanie miało być zbyt kosztowne dla budżetu państwa, a zwolnione łóżka były potrzebne chorym żołnierzom wracającym z frontu. Tym samym dawali milczące przyzwolenie na dalsze działania zmierzające do wymordowania w majestacie prawa tych osób, które uznawano za zbędne i obciążające rodzącą się właśnie rasę panów, a co można uznać za prolog do rozpoczętego po wybuchu wojny holokaustu.

Na początku lipca 1939 roku Hitler dążąc do „oczyszczenia” narodu wezwał do siebie szefa Kancelarii NSDAP Martina Bormanna, szefa Kancelarii Rzeszy Hansa Heinricha Lammersa oraz naczelnego lekarza Rzeszy sekretarza stanu dr Leonardo Contiego, którzy otrzymali rozkaz wprowadzenia w życie programu „eutanazji” . W trakcie spotkania Conti, który nie był zadowolony ze swojej iluzorycznej funkcji i władzy domagał się od Hitlera, by jego nowe stanowisko zostało zalegalizowane oraz aby swoją nominację otrzymał na piśmie. Pomimo, że był Alterkampfer czyli starym bojownikiem nie zrozumiał założeń swojego wodza, który zamierzał utrzymać program „eutanazji” w ścisłej tajemnicy przed społeczeństwem, obawiając się, że tym razem jednak wzbudziłby niechęć zarówno kościoła katolickiego jak i dużej części Niemców, nie przygotowanych ideologicznie jeszcze do takich poświęceń. Hitler wpadł więc w furię i zastąpił natychmiast Contiego szefem swojej kancelarii Philippem Bouhlerem . Szybko się okazało, że poszczególni Gauleiterzy samodzielnie rozpoczęli mordowanie pacjentów szpitali psychiatrycznych. Brandt sporządził na ten temat notatkę skierowaną do Hitlera, który włączył go do programu „eutanazji”. Brandt, co prawda z zagadnieniami psychiatrii nie miał żadnych związków, to jednak był pewną rękojmią dla środowiska medycznego i jak twierdził Brandt mając bezpośredni dostęp do Hitlera mógł go informować na bieżąco o podejmowanych działaniach. Brzmi to nieco dziwnie, zważywszy na fakt, że Bouhler jako szef kancelarii Hitlera również takowym nieskrępowanym dostępem dysponował. Brandt tak wspominał moment włączenia go do programu:

Z powodu wydarzenia, którego nie pamiętam, zostałem do niego [Hitlera] wezwany, i rozmawiał on ze mną o podaniu, które otrzymał od Reichsleitera Bouhlera, że chciałby teraz znaleźć pewne rozwiązanie w tej kwestii eutanazji. Podał mi wtedy ogólne wytyczne dotyczące tego, co sobie wyobrażał; chodziło zasadniczo o to, aby osobom chorym psychicznie, które znajdują się w takim stanie choroby, że nie mają już [żadnej] świadomej woli życia, dać ulgę poprzez śmierć. Istniały ogólne wskazówki dotyczące wniosków itp., które sam otrzymał, i polecił mi skontaktować się z panem Bouhlerem w tej sprawie

Wkrótce po spotkaniu Hitler na swojej prywatnej papeterii wyraził aprobatę dla programu „eutanazji”.

Jeden z transportów pacjentów szpitala psychiatrycznego przeznaczonych do eutanazji

Od adresu kamienicy przy Tiergartenstraße 4 w Berlinie , w której mieściło się założone w kwietniu 1940 roku, przez Philippa Bouhlera biuro nadzorujące projekt, program „eutanazji” nazwano Aktion T4. W 1946 r. Brandt próbował tłumaczyć się, że z całą pewnością uważał, że wszystkie jego działania związane z programem T4 miały status legalnych działań usankcjonowanych prawnie. Jednakże należy wątpić w to czy Brandt rzeczywiście działając w celu uśmiercenia jak największej ilości pacjentów zastanowił się choć przez chwilę nad legalnością swoich działań. Jak napisał w 1946 roku w oczekiwaniu na proces:

Nikt z nas zaangażowanych w sprawę, nie wątpił, że [upoważnienie] miało moc aktu prawnego, i w związku z tym wydawało się oczywiste, iż nasze odpowiednie działania również są umocowane prawnie. (…) Osoby uczestniczące w programie eutanazji były przekonane (…) że ich czyny są moralnie i etycznie zasadne i pod względem prawnym bezpieczne. Bez tej pewności, bez przekonania, że takie są fakty, nikt z lekarzy nie zrobiłby tego, co zrobił

Pomimo prób wybielenia siebie i środowiska medycznego podejmowanych przez Brandta w trakcie procesu niemieckich lekarzy przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze lekarze biorący udział w „eutanazji” doskonale zdawali sobie sprawę, że faktycznie uczestniczą w zwykłym mordzie, co potwierdzał choćby jeden z trzech głównych ekspertów Aktion T4 Werner Catel.

Na potrzeby akcji T4 przygotowano również odpowiednią infrastrukturę.

Hartheim był jednym z sześciu ośrodków uśmiercania. Pozostałe znajdowały się w Grafeneck (od stycznia do grudnia 1940 r.), w Brandenburgu (od stycznia do września 1940 r.), w Bernburgu (od listopada 1940 do kwietnia 1943 r.), w Hadamarze (od stycznia do sierpnia 1941 r.) i w Pirna-Sonnenstein (od czerwca 1940 do września 1942 r.). Każdy z ośrodków posiadał przyporządkowany kryptonim, którym posługiwano się w rozmowach telefonicznych i pisemnej korespondencji: grafeneck „A”, Brandenburg „B”, Hartheim „C”, Sonnenstein „D”, Bernburg „Be” i Hadamar „E”. Pacjentów uśmiercano w pomieszczeniach przygotowanych specjalnie do tego celu.

Jedenz wielu plakatów propagandowych pokazujących koszty utrzymania osób chorych psychicznie.

Pomieszczenia, które stawały się komorami gazowymi przeważnie były niewielkie. Miały średnio 3 na 5 metrów powierzchni i 4 metry wysokości. Procedura, której poddawano osoby przeznaczone na śmierć była wszędzie taka sama. Po przybyciu na miejsce osoby te musiały się rozebrać do naga i stanąć przed lekarzem, który dokonywał oględzin wizualnych. Z jednej strony sprawdzano wówczas czy dana osoba rzeczywiście ma zostać uśmiercona, a z drugiej takie pseudo badanie miało uspokoić skazanych na śmierć, że nic im się nie stanie i nie muszą się niczego bać. Po wejściu do przygotowanego pomieszczenia, po około 5 minutach ludzie tracili przytomność, po maksymalnie 15 minutach wszyscy już nie żyli. Następnie czekano jeszcze godzinę w trakcie której komora była wentylowana. Po tym czasie otwierano drzwi i wynoszono ciała do krematorium. Niektóre z ciał, które uznano z rożnych przyczyn za interesujące przenoszono do prosektorium, gdzie usuwane były niektóre narządy, a zwłaszcza mózgi. Trafiały one następnie do Instytutu Badań nad Mózgiem im. Cesarza Wilhelma w Berlinie oraz do Instytutu Psychiatrii Cesarza Wilhelma w Monachium. Po zamordowaniu wystawiane były akty zgonu i listy kondolencyjne, które przesyłano do niemieckich rodzin. Zazwyczaj wpisywano fałszywy powód śmierci pacjenta, tak by nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Na życzenie rodziny przesyłano prochy zmarłego, z tymże była to mieszanka kilku spalonych ciał, gdyż w piecach krematoryjnych palono jednocześnie osiem ciał. Część prochów, która nie była przesyłana rodzinom była zwyczajnie wyrzucana.

W sierpniu 1941 roku w Hadamarze zorganizowano przyjęcie, które miało na celu uczczenie wyczynu, którym było zagazowanie i skremowanie 10 000 pacjentów.

Doktor Berner oświadczył, że dziś zostaną spalone dziesięciotysięczne zwłoki i ma się stawić cały personel. Pod wieczór zebraliśmy się w holu prawego skrzydła, gdzie każdy dostał butelkę piwa, i stamtąd udaliśmy się do piwnicy. Na noszach leżały nagie zwłoki martwego mężczyzny z wodogłowiem. W odpowiedzi na zadane pytanie oświadczam z całą stanowczością, ze były to prawdziwe zwłoki, nie papierowe. Palacze włożyli ciało do czegoś w rodzaju koryta i wepchnęli do pieca. Pan Märkle, ubrany jak jakiś duchowny, wygłosił „mowę pogrzebową”

Jeszcze inne relacje z tego wydarzenia mówią o puszczanej muzyce i kondukcie pogrzebowym przemierzającym cały ośrodek.

 

Źr. K. Drozdowski, Medyczne zbrodnie nazistów, wyd. Replika, Poznań 2025.

Przejdź do treści